Blog PL

Blog po polsku 🙂

Piszę prosto, z serducha i bez ogródek o moim doświadczeniu choroby i o moich przemyśleniach, które wtedy się pojawiły i nadal pojawiają w mojej głowie.

Posty co wtorek albo środę. Będę się starał umieszczać je tu regularnie.

Rozdział 1 - Początek

Był pierwszy czerwca 2021, siedziałem w fotelu dentystycznym na oddziale chirurgii szczękowej. „Panie Mryka ma Pan raka.” – to zdanie zmroziło mnie w ułamku sekundy. Ale to nie wszystko. Kolejne zdanie było jeszcze trudniejsze: „Guz jest złośliwy i musimy działać szybko. Ale tu z Panem nic nie zrobimy i prześlemy Pana do innego szpitala, do Instytutu Onkologii i tam się Panem zajmą.” Moment, chwila, jak? Jak ja mogę mieć raka?! Przecież ja mam 23 lata! Jak mogę mieć raka?! Ok, bądźmy szczerzy, wiedziałem, że coś jest na rzeczy, bo przecież zauważyłem, że coś się dzieje na moim podniebieniu. Już po biopsji wiedziałem, że to jakaś forma guza – ale żeby od razu złośliwy nowotwór! Dodatkowo miejsce, w którym guz się pojawił nie było dla mnie najlepsze (tak jakby jakieś miejsce na guza mogło być dobre…) – guz wyrósł mi na podniebieniu twardym, czyli w górnej części jamy ustnej. Guz w obrębie głowy to oczywiście dodatkowy element, który niestety nie był na moją korzyść.
Po „ogłoszeniu wyroku” personel od razu zaczął się mną zajmować – założyli mi kartę DILO (Diagnostyka i Leczenie Onkologiczne) – taka karta powinna otwierać drzwi do badań i lekarzy w szpitalach, wytłumaczyli jakie badania i gdzie mam wykonać, co dalej robić i zaplanowali konsylium lekarskie, które miało zdecydować jak (i w ogóle czy!) mnie leczyć. Mnóstwo rzeczy w bardzo krótkim czasie. Na badania miałem tak naprawdę kilka dni. Badania oczywiście wszystkie – RTG klatki piersiowej, CT brzucha, CT głowy i szyi, MRI głowy i szyi, do tego krew i jeszcze mocz. Dosłownie pełen pakiet. Nie wiem co w tym momencie myślałem, ale może nawet nie myślałem wcale, bo po prostu te słowa o raku odbijały się echem w mojej głowie. Wiecie, w pewnym momencie (i to lepiej szybciej, niż później) trzeba sobie zdać sprawę, że wszystkie badania, jakie mi zlecono, to nie sprawdzanie, czy wszystko jest dobrze, ani nie chodzi o dokładniejsze zobrazowanie guza (choć to też) – głównym celem tych badań jest szukanie przerzutów i, jeśli będzie ich wiele, to leczenie może być niewykonalne albo nieopłacalne i pozostanie mi terapia paliatywna. To „olśnienie” nie jest przyjemne, bo masz świadomość, że Twoje życie zależy od serii badań i decyzji lekarzy… A gdzie JA w tym wszystkim? Przecież w końcu to MOJE życie, jak JA mogę stracić nad nim kontrolę… Ale czyja to wina? Choroba chyba nie wybiera. Dlaczego ja mam być chory??? Znalezienie winnego w tym momencie nie jest łatwe. Ale od razu rodzi się pytanie – czy szukanie winnego jest w ogóle konieczne albo potrzebne? Co mi to da? Te wszystkie pytania kołatały mi w głowie jeszcze w szpitalu, gdy czekałem na ustalenie wszystkich terminów wymaganych badań. Wydaje mi się, że w ciągu tej godziny nie zwracałem uwagi w ogóle na otaczających mnie ludzi, na korytarze, na świat. Mój świat runął na moment. Bo jak przyjąć informację, która brzmi jak wyrok? Przecież ludzie na raka cierpią, chudną, wypadają im włosy, boli ich, umierają… Czy ja też przejdę tę drogę?
W końcu dostałem wszystkie dokumenty i mogłem wyjść ze szpitala. Wszedłem do auta i zadzwoniłem do mamy. Trudny jest taki telefon – „Mamo mam raka, złośliwego… Pogadamy już w domu.” Więcej telefonów nie wykonałem. Musiałem dojechać do domu,  a nie byłem w najlepszej formie. Już nie miałem tylu pytań, ale byłem wściekły. Wściekły na życie. Przecież to nie tak miało wyglądać, przecież jestem młody, pełen energii, mam plany na przyszłość, marzenia… I co z tego? Choroba nie zwraca na to najmniejszej uwagi – ma to głęboko w d****. Tak właśnie jest. Do wieczora tego dnia miałem trochę czasu żeby o tym pomyśleć. I wymyśliłem, że będzie dokładnie tak jak wcześniej – że ja tą chorobę potraktuję tak samo jak ona mnie. Będę sobą i niezależnie co mnie czeka pójdę naprzód i ta choroba mnie nie zatrzyma.

Nie dam jej tej satysfakcji.

Rozdział 2 - Pierwsze trudności

Nie chcę zanudzać Was całą moją historią, bo w tym miejscu jest ona dość skomplikowana. Chcę jednak żebyście mieli wyobrażenie jak to z grubsza przebiegało. Między diagnozą, a pobytem w szpitalu minęło mniej więcej sześć tygodni. W tym czasie przeszedłem prawie wszystkie badania. Trafiłem też – jak było zapowiedziane – do Instytutu Onkologii w Gliwicach. W tym też było trochę szczęścia. Znajoma siostra zakonna miała tam swoją wizytę. Kilka dni wcześniej dowiedziała się o mojej diagnozie od mojej mamy. I postanowiła powiedzieć to lekarzowi, który ją badał. Ten nie wahając się (dowiedział się, że mam 23 lata) powiedział, że mam przyjechać w najbliższy wtorek. We wtorki w poradni zbierał się zespół chirurgów i to właśnie dlatego miałem wtedy przyjechać – omijałem sporo formalności po drodze i od razu trafiłem do lekarzy, którzy mieli się mną zająć. To nie ostatni raz, kiedy mój wiek odegrał znaczenie w całej historii. Chirurdzy przyjęli mnie niemal od razu. Usiadłem tam i wokół mnie znalazło się trzech lekarzy, którzy od razu przystąpili do oceny sytuacji. Patrzyli na wszystkie moje badania, no i oczywiście, badali guza w mojej buzi. Ocenili, że nie można zwlekać i trzeba operować. Zawołali jeszcze dwóch lekarzy, którzy też mnie zbadali, i ustalili, że operacja powinna się odbyć do trzech tygodni. Ostatecznie termin operacji został wyznaczony na cztery tygodnie od momentu wizyty, ale to i tak było błyskawiczne tempo. W ciągu tych czterech tygodni przychodziłem co tydzień do chirurgów na kontrole i omówienie mojej sytuacji. Do tego odwiedzałem innych lekarzy – anestezjologów, internistę, miałem wykonane inne badania jak np. USG, dodatkowe CT i RTG. Chirurdzy opisali mi jak będzie wyglądała operacja. „Musi Pan być gotowy, że operacja potrwa 6-8 godzin. Musimy usunąć znaczną część podniebienia. To będzie głębokie cięcie, musimy wyciąć wszystko aż do zatok. Powstałą jamę zamkniemy przez tkankę pozyskaną z Pana nogi. Spróbujemy zrekonstruować podniebienie najlepiej jak się da, ale będą pewne konsekwencje. Zmieni się Pana głos i też jest szansa, że będzie się Panu gorzej jadło ze względu na dostawanie się płynów i jedzenia do nosa. Prawdopodobnie będziemy też musieli usunąć większość zębów z prawej strony czaszki. Usuniemy ich pewnie 5-6. W takim przypadku postaramy się je jakoś zrekonstruować z kości nogi, ale tu będziemy mocno ograniczeni przez zasięg guza. Wtedy należy się spodziewać, że Pana twarz może się trochę zmienić jeśli chodzi o jej obrys i kształt. W szpitalu będzie Pan pewnie około 8-10 dni, po operacji spędzi Pan dobę na OIOM (Oddział Intensywnej Opieki Medycznej) i może trzeba będzie przeprowadzić tracheotomię. Na pewno 7 dni będzie Pan karmiony przez sondę do żołądka”. Kolejny lekarz, tym razem z zespołu rekonstrukcyjnego, powiedział – „Musi Pan być świadomy tego, że to co tu z Panem zrobimy, to jest szczyt medycyny i to jest maksimum jakie możemy zrobić. Niczego nie gwarantujemy”. Nie były to wiadomości ani informacje, które człowiek może lekko przyjąć. Zacząłem sobie wyobrażać jak to wszystko może wyglądać po operacji (zakładając, że się powiedzie) i absolutnie te wizje mi się nie podobały. Bo jak mam nie mieć zębów? Co to znaczy inny głos, problemy z mówieniem i jedzeniem??? To jak, ja kolejne 40 lat mam tak żyć? Przecież komuś musiało się coś pomylić! I jeszcze mam mieć rurkę do oddychania w szyi?! Oj ta cena zaczyna się robić wysoka… Ale właśnie, moment, to jest cena za moje życie w sumie. Ile moje życie może być warte? Problem jest tylko jeden – ja tą cenę MUSZĘ zapłacić, bo drugiego życia nie dostanę. W tym momencie naturalnie pojawia się strach – przecież nie wiem co będzie dalej – i to jest jak najbardziej normalne. Każdy boi się tego, czego nie zna. Nie można jednak pozwolić, by ten strach paraliżował. Moment, w którym strach przejmuje kontrolę jest koszmarnym doświadczeniem. Pozostawanie w takim stanie dosłownie niszczy człowieka.
I tu chciałbym wspomnieć o ludziach, którzy też pomogli mi ten strach przezwyciężyć. Oczywiście była ze mną rodzina, ale trzeba pamiętać, że dla nich też był to trudny czas i pewnie bali się niemniej niż ja. Ale byli też przyjaciele. Do tej pory pamiętam niektóre wiadomości, które dostałem – „Nie wiem jak mogę Ci pomóc, ale jeśli jest cokolwiek co mogę zrobić, to jestem i możesz na mnie liczyć”, „Zamówiłem za Ciebie Mszę Świętą – w sobotę będziemy się za Ciebie modlić”, „Nie poddawaj się, a my się modlimy”, „Zawsze myśl pozytywnie, a gdybyś kiedykolwiek zwątpił, to daj mi znać, a ja Cię pocieszę i przypomnę, że dasz radę”, „Jesteś w moich myślach i nie mam wątpliwości, że przez to przejdziesz” – żeby choć kilka zacytować. Niby nic wielkiego – ot zwykła wiadomość – ale jednak może zdziałać wiele i daje poczucie bliskości drugiej osoby.
Ja jestem katolikiem i niezmiernie ważną chwilą dla mnie było przyjęcie sakramentu namaszczenia chorych. W tym czasie trudno było mi modlić się i skupić się na modlitwie. Nie obwiniałem Boga o moją sytuację, ale też nie potrafiłem jakoś tak prosto zaufać, że wszystko będzie dobrze, że jest dobrze i przejdę przez to wszystko. Niby nigdy się od niego nie odwróciłem i zawsze byłem blisko, a On mnie, a jednak tego było trochę za dużo na raz. Musiałem to w sobie poukładać i choć modliłem się wytrwale i wierzyłem, że On mi pomoże, to jednak był to duchowo też bardzo wymagający okres.

O tym jednak innym razem.

Rozdział 3 - Przed operacją

Na początku lipca 2021 powstało mi już tylko przygotowanie się do operacji. Właściwie wiedziałem już wszystko i lekarze też wiedzieli wszystko o mnie. Miałem długie wywiady przygotowujące do operacji z chirurgami, anestezjologami i internistą. Pełen panel badań też był już za mną. Lekarze sprawdzili moje wyniki badań morfologicznych oraz obrazy diagnostyczne. Całe szczęście wszystko było w normie – wszystko, oprócz guza na podniebieniu. Tu pora na małą anegdotkę. Po wizytach u wszystkich specjalistów miałem jeszcze wrócić do chirurgów. To była już ostatnia wizyta przed pobytem w szpitalu i przyjęła mnie pani chirurg, która była częścią zespołu i też mnie prowadziła. To była dość młoda Pani doktor nauk medycznych. W ogóle miałem sporo szczęścia do młodych lekarzy specjalistów – wielu z nich miało około 30-35 lat. Wywiązała się między nami mniej więcej taka rozmowa: „I co? Był Pan już wszędzie?” – zapytała. „Tak, już wszystkie badania za mną i tu mam dokumenty od wszystkich lekarzy” podałem jej kilka kartek. „Co powiedzieli? Wszystko w porządku? Możemy operować?” – „Wszystko jest dobrze i nie ma przeciwwskazań do zabiegu” – odpowiedziałem. „Pewnie, że wszystko w porządku – przecież Pan jest młody, zdrowy…” – popatrzyła na mnie skonsternowana. Ewidentnie zdała sobie sprawę, że zdrowy to chyba nie jestem. „… oczywiście oprócz tego, z czym Pan do nas przyszedł.” Spojrzała na mnie z niepewnym uśmiechem. Odpowiedziałem: „Pewnie! Po za tym ja też się czuję zdrowym!” – i uśmiechnąłem się najszczerzej, jak potrafiłem. Ona też się roześmiała. To chyba jedno z najprzyjemniejszych wspomnień z okresu przed operacją, ale to wspomnienie pokazuje też, ze lekarze mogą i potrafią być bardzo ludzcy, mili i dbający o pacjenta. Osobiście jestem bardzo wdzięczny, że spotykałem takich ludzi na swojej drodze.
W końcu nadszedł dzień, w którym miałem zostać przyjęty na oddział chirurgii w szpitalu. Pojechałem tam rano. Przeszedłem już właściwie całą procedurę przyjęcia, kiedy lekarz otrzymał wiadomość, że nie może mnie przyjąć. Powód? Brakuje krwi. Ja mam grupę krwi A- i jest ona dość rzadka. Niestety w tym momencie nie mieli jej w szpitalu i, co więcej, nie mogli jej szybko sprowadzić z okolicy. Generalna praktyka w tym szpitalu była taka, że operacja powinna się odbyć kolejnego dnia po przyjęciu do szpitala. Nie było szans, by krew dotarła na czas. Ostatecznie moje przyjęcie do szpitala zostało przesunięte o tydzień. Miałem jeszcze wtedy trochę czasu, aby pomyśleć o tym, co ma się stać. Szczerze, lepiej było nie myśleć. Wizje tego, co może się wydarzyć, nie były pomyślne i jedyne co mogły wywołać to strach. Lepiej było spędzić ten czas z rodziną. Zapowiedziano mi, że w szpitalu spędzę około 10 dni, więc dobrze było spędzić jeszcze trochę czasu z najbliższymi.
Druga próba przyjęcia, była już pomyślna. W szpitalu była ze mną moja mama i mój brat. Po przebraniu się już w piżamę, dostałem jeszcze kilka minut na pożegnanie się z nimi. Próbowałem powstrzymać łzy i wiem, że oni robili to samo. To chyba jeden z najbardziej emocjonalnych momentów, bo wtedy nie wiedzieliśmy zupełnie nic o tym, co ma nastąpić. Chociaż może wtedy ta nieświadomość działała trochę na naszą korzyść… Pielęgniarka zaprowadziła mnie na oddział. Wszedłem do sali. Tam był już jeden pacjent – mój współlokator na jeden dzień. Pan miał wychodzić ze szpitala kolejnego dnia – spędził tam 3 miesiące. Przeszedł kilka operacji, w wyniku których stracił język. To sprawiło, że właściwie nie mógł mówić. Natomiast porozmawialiśmy ze sobą, wspomagając się też kartką i długopisem. Pan miał prawie 70 lat i najbardziej cieszył się, że wróci do rodziny – do żony i wnuków. Przypomnę, że był to czas COVID-19 i odwiedziny w szpitalach były zakazane i to szczególnie na tak ciężkich oddziałach. Wyobraź sobie, że ten pan nie widział swoich bliskich przez 3 miesiące, a rozmowa telefoniczna była prawie niewykonalna. Ja ogromnie się cieszę, że choć przez chwilę mogłem z nim porozmawiać.
Tego dnia musiałem jeszcze przygotować się do operacji. Jako, że czekał mnie przeszczep – to co miało zostać wycięte z mojego podniebienia, miało zostać wypełnione tkanką z mojej nogi. Dlatego też musiałem ogolić swoje nogi. Lekarze chcieli mi też od razu założyć wkucie centralne. Nie jest to najprzyjemniejsza procedura, bo nie dość, że igła jest dość gruba, to też musi wejść głęboko pod skórę. Wbija się ją pod obojczykiem z prawej strony. To dość trudne dla pacjenta, ale też dla lekarza. No i wkucie może się nie udać. I jak łatwo się domyśleć, w moim przypadku się nie udało. Po wkuciu robi się standardowo RTG, które pozwala sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu – nie było. W związku z tym zostało ono usunięte i lekarze powiedzieli, że kolejne wkucie założą mi do pachwiny już na stole operacyjnym. Po wszystkim pozostało mi tylko zjeść i czekać do wieczora, żeby położyć się spać.
Kolejnego dnia zostałem obudzony z samego rana. Umyłem się, ogoliłem twarz i ubrałem specjalny strój do operacji, który przyniosła mi pielęgniarka. Dostałem też tabletkę – „głupiego Jasia” – i czekałem na łóżku na transport na salę operacyjną. Czy się wtedy stresowałem? Chyba nie i mam też wrażenie, że to nie zasługa tabletki. Po prostu ten stres był wcześniej, ja już zdążyłem się z nim oswoić i go przezwyciężyć. W momencie, kiedy przyszły panie pielęgniarki, aby zabrać mnie na blok operacyjny, usłyszałem od mojego współlokatora – „Powodzenia!” – tak, ten pan nie mówił, ale mi to zdołał powiedzieć… W końcu znalazłem się na bloku operacyjnym. Tam musiałem jeszcze chwilę poczekać. Przyszła pielęgniarka, która miała mi założyć dwa wenflony. Pierwszy nie wszedł poprawnie. Pani pielęgniarka – przemiła pani – powiedziała, że coś nie poszło i założy drugi raz. Ja odpowiedziałem ze śmiechem, że ja tu wszystko po dwa razy robię i ma się nie przejmować. Ona się roześmiała i pożyczyła mi wszystkiego dobrego i powiedziała, że mam zawsze tylko pozytywnie na to patrzeć, tak jak teraz. Wjechałem na salę operacyjną – wtedy poczułem się nieco nieswojo. To był ten moment, teraz miało się wydarzyć coś wielkiego w moim życiu, coś co miało je wywrócić do góry nogami… W jakim stanie się obudzę? Co będzie się działo? Jak będę mówił? Czy przeżyję???
Lekarz anestezjolog nałożył mi maskę na twarz i powiedział: „Proszę liczyć od 10 w dół.”

„10, 9, 8, 7, 6, 5…”

Rozdział 4 - Ta jedna cholerna noc

„Wiktor, słyszysz mnie? Wiktor, pora się obudzić! Już po wszystkim. Podniebienie zostało przeszczepione.” Usłyszałem to, ale nie mogłem otworzyć oczu. Trwało to chwilę, ale nie bardzo wiedziałem co się wokół mnie dzieje. Mój umysł nie pracował, słowa zlewały się ze sobą, a otwarcie oczu i rozejrzenie się wokół graniczyły z cudem. W końcu udało mi się spojrzeć na panią doktor anestezjolog, która stała po lewej stronie mojego łóżka. „Jesteś już po operacji, wszystko jest dobrze. Zostawiliśmy rurkę w nosie do oddychania, żeby zabezpieczyć się przed problemami.” Moja prawa ręka powędrowała instynktownie do mojej szyi. To był wysiłek, na który moje ciało nie było gotowe. Moja ręka dotknęła szyi i wtedy wszystkie siły mnie opuściły. „Nie masz tracheotomii, nie było potrzeby” – uspokoiła mnie pani doktor – „Teraz powiedz mi swoje imię i nazwisko.” Odpowiedziałem: „Wiktor Mryka” i zamarłem – mój głos. Co to było??? Przecież to nie brzmi jak ja! Poza tym ledwo mogłem wypowiedzieć jakiekolwiek słowa. Moje wargi, buzia, gardło – nic nie działało! Wtedy lekarka powiedziała: „Spróbuj przełknąć ślinę.” Nie mogłem! Inaczej, odruch działał (i chyba właśnie o to lekarzom chodziło) ale większość śliny została mi w ustach. „Na razie będziesz miał problemy żeby to połykać, w końcu w gardle masz dwie rurki – sondę do karmienia i drugą do oddychania. Tą drugą wyjmiemy jutro, sonda zostanie na tydzień.” Te słowa już zaczynały mi się rozmywać, energii wystarczyło mi tylko na te kilka minut. Oczy dosłownie same mi się zamykały. „Operacja trwała 8 godzin. Odpocznij teraz. Zostaniesz na OIOM-ie do jutra rana. Później wrócisz na oddział.” I odpłynąłem. Obudziłem się kilka razy. Raz żeby zwymiotować, raz bo była burza w nocy i grzmot wyrwał mnie z amoku na moment (swoją drogą burza musiała być wtedy potężna, że było ją aż tak słychać), raz bo aparatura nieustannie pikała buczała, a jeden z pacjentów miał jakiś problem i pojawiły się anomalie, raz nad ranem kiedy pielęgniarki przyszły mnie umyć. Jejku, jaki to jest wstyd, jak ty nie możesz zrobić dosłownie nic, bo nie masz siły i dwie panie muszą cię myć, podnosić i obracać. Pomimo tego, że starałem się im pomóc najbardziej jak mogłem, to i tak była to minimalna pomoc. Wtedy też zorientowałem się, że jestem obśliniony, zakrwawiony i spocony. To był dramat. Czułem się tak bezsilny i tak zawstydzony, że myślałem że nic gorszego już wydarzyć się nie może. Oczywiście myliłem się ogromnie. Co ważne, muszę zaznaczyć, że pielęgniarki były bardzo miłe i uczynne i absolutnie nie dały mi żadnego powodu, żebym miał się czuć niekomfortowo. To niby nic wielkiego, ale to była ogromna ulga. Przez następne godziny leżałem po prostu i słuchałem rytmicznego pikania aparatury. Było nas tam chyba ośmiu pacjentów na OIOM-ie i zewsząd dobiegały te odgłosy. Wiem, że wtedy właściwie nie myślałem, nie byłem w stanie, nie mogłem, nie dało się. Leżałem i tępo patrzyłem w sufit albo w ścianę. Jedyne o co się modliłem, to żeby nikt tam nie miał zapaści i żadnemu pacjentowi nic się nie stało. W końcu przyszedł lekarz i oznajmił, że już wyjmie tą rurkę z mojego nosa, bo już nie potrzebuję dodatkowego tlenu i będzie mi tak znacznie wygodniej. Czego nie wiedziałem to fakt, że tą rurkę po prostu się ciągnie i ja doskonale mogłem poczuć jak ona wychodzi z mojego gardła, przechodzi przez cały nos i w końcu z niego wychodzi. Trwa to kilka sekund, ale wtedy dla mnie była to wieczność, w której musiałem walczyć z moim odruchem wymiotnym. Po jakimś czasie przyszły pielęgniarki, które zabrały mnie na oddział. Po operacji cały ten czas spędzałem na łóżku i tak też wracałem na oddział. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po przyjeździe na oddział, było zwymiotowanie tego, co jeszcze było w moim wnętrzu. Jak to skwitowali lekarz i pielęgniarki, była to krwista wydzielina i dobrze, że ją zwróciłem. Faktycznie, od razu poczułem się lepiej… szkoda, że nie. W momencie, gdy było już po wszystkim i lekarz stwierdził, że nic więcej mi się nie przydarzy, to powiedział, że powinienem odpocząć a zjeść będę mógł dopiero kolejnego dnia. „Zjeść” bo jedzenie przez najbliższy czas miało być dostarczane do mojego żołądka przez rurkę! Ułożono mnie w takiej półsiedzącej pozycji, żeby z jednej strony było wygodnie, a z drugiej leżałem już całą dobę, więc zmiana pozycji była pożądana. I tak zostałem w sali sam. Mój poprzedni „współlokator” opuścił już szpital, a kolejny miał być przyjęty następnego dnia. To oznaczało samotność. Po wyjściu personelu, jedyne co zrobiłem to napisanie wiadomości do rodziców, że wróciłem na oddział i żyję. To było jakoś po południu koło 15:00 może. Pod wieczór przyszła pani pielęgniarka z lekami i zastrzykami. Każdego dnia było tego mnóstwo. Zastrzyki do brzucha, w ramię i do wkłucia centralnego. Do tego dwie kroplówki – jedna przeciwbólowa i jedna z antybiotykiem. Te kilka minut to była jedyna interakcja z człowiekiem jaką miałem tego wieczoru. Poza tym byłem sam. Ja i moja głowa. Wtedy zaczęła się najdłuższa noc mojego życia. Bardzo szybko okazało się, że nie mogę się położyć, bo czułem rurkę w moim gardle, a wydzielina z mojego nosa spływała mi właśnie do gardła. Moje zatoki były kompletnie zatkane, a lepiej było kiedy jednak ta wydzielina (mocno krwista) wypływała jednak na zewnątrz. Zacząłem też „czuć” swoje nowe podniebienie. I przeszkadzało mi wtedy niemiłosiernie. Przeszczep to coś nowego, coś czego twój umysł na razie nie rozumie. Mój na pewno nie rozumiał. Szybko okazało się, że moja pozycja w łóżku tej nocy miał być bardzo niewygodna. Nie mogłem leżeć, siedzieć było niewygodnie. Próbowałem spać, ale w głowie zaczęły mi kołatać różne myśli. Wreszcie mój umysł nie był już otumaniony różnymi lekami i zacząłem nad wszystkim myśleć. Spróbowałem mówić na głos do siebie i mój głos brzmiał fatalnie. Do tego każde wypowiadane słowo męczyło mnie do reszty. Z nosa leciała krew, z ust ślina. Tak dopiero wtedy zacząłem zauważać, że się ślinię, bo do cholery nie umiałem jej połknąć! CO ONI MI ZROBILI?! Nie mogę otworzyć buzi, nie mogę połknąć śliny, mój głos jest okropny, męczy mnie każde słowo, w nosie mam rurkę, w ranie na nodze mam drenaż, no i jeszcze cewnik… wiadomo gdzie. Przecież to głupie! Ja jestem młody! Mam 23 lata!!! Ja miałem w tym momencie zwiedzać świat, kończyć studia za chwilę, szukać pracy, zarabiać pieniądze, żyć na całego. Ale nie, ja leżałem w szpitalu, ledwie żywy, krew kapała mi z nosa, z ust leciała ślina, nie mogłem spać, bolała mnie głowa, nogi, tyłek i plecy, bo za długo siedziałem. Po co mi takie życie? Jaki jest sens tak się męczyć? Co mi z tego przyjdzie? Jak ma wyglądać moja przyszłość? Bo jeśli ma wyglądać w ten sposób, to ja nie chcę. Przecież w tym momencie byłem już wykluczony z życia towarzyskiego – no jak zagadać do kogoś, jak ledwo mówisz? Jak podejść do dziewczyny i powiedzieć jej komplement, kiedy musisz właściwie wylabować każde słowo? Czyli co, zostało mi społeczne wykluczenie i kilka przyjaciół, którzy – miejmy nadzieję – zostaną i się nie odwrócą? Przecież ja tak nie mogę żyć!!! Czy ja jeszcze będę mógł robić cokolwiek? Czy ja jeszcze będę mógł biegać, grać w piłkę, uprawiać jakiś sport? Tej nocy nie widziałem swojej przyszłości. Nie widziałem niczego co jest przede mną. Nie miało to dla mnie sensu. Miałem nadzieję, że to sen, koszmar jakiś, który się skończy w końcu. Przecież musi… Takie życie nie ma sensu. Czy ja mam resztę życia cierpieć? Co będę musiał znosić? Jak długo będzie tak ciężko? Z moich oczu płynęły łzy… tak długo jak mogły. W końcu nie została już ani jedna kropla. Nad ranem byłem cały obśliniony, zapłakany, zakrwawiony. Spałem tej nocy może w sumie takie 45 minut… Ten ranek mógł nie nadchodzić. Ja go nie chciałem. Wiedziałem, że to niczego nie zmieni, że ten dzień będzie trudny, że będę się znowu męczył. Po co się męczyć? Wtedy weszła pani pielęgniarka i z uśmiechem powiedziała mi:

„Dzień dobry! Pora się umyć i zacząć nowy dzień!”


Pod spodem dwa zdjęcia – przed operacją i dzień po operacji.

photo 2021 07 16 19 31 24 photo 2021 07 16 19 30 37